![]()
Wstęp |
|
| Postanowiłem napisać ten artykulik, aby wtrącić swoje
3 grosze do kwestii wartości sprzętu audio, wojny standardów zapisu
oraz odbioru muzyki przez różnego autoramentu słuchaczy.
- Po co? |
![]() |
|
Chciałbym zająć się m.in. odpowiedzią na takie pytania – problemy:
|
|
Najpierw może wypadałoby wyjaśnić:
dlaczego właśnie ja piszę ten artykuł? |
|
– czy może uważam się za wybitnego znawcę sprzętu audio i muzyki w ogóle? – raczej tego bym nie powiedział. Jednak wydaje mi się, że znam odpowiedź na wiele pytań związanych z kupowaniem i użytkowaniem sprzętu audio oraz słuchaniem muzyki – doradzałem w tym znajomym, czytałem to i owo. Faktem jest też, że osoby mnie znające w większości dość cenią sobie zdanie które na ten temat reprezentuję - choć ja sam nie uważam się za jakoś wybitnie uzdolnionego do słuchania, a raczej różnię się tym, że sprawą się rzeczywiście zainteresowałem i popróbowałem – w końcu inni też by mogli, ale najczęściej „nie mają czasu”. Bo tak naprawdę to wystarczy „po prostu uważnie wysłuchać”, wypróbować jak grają różne płyty, różne wzmacniacze i różne odtwarzacze – reszta przyjdzie sama jako wynik. |
| Może więc najpierw rozważę problemy numer 1 i 2:
|
Czy
przeciętny zjadacz muzycznego chleba potrafi usłyszeć różnicę między
muzyką graną na sprzęcie za 1000 i za
|
| nie przesłanianie (maskowanie) jednych dźwięków (instrumentów) przez inne | |
| bezproblemowe odtwarzanie głośnych fragmentów utworu | |
| ale jednocześnie to także zdolność do czytelnego odtworzenia fragmentów cichych | |
| bezproblemowe odtwarzanie dźwięków trudnych dynamicznie – np. perkusja, nisko schodzące basy, czy niuanse tonów wysokich | |
| to umiejętność oddania tła sceny dźwiękowej, planów tej sceny - dobry sprzęt i dobra płyta pozwalają na określenie uchem ile metrów dzieliło saksofonistę od grającego nieopodal fortepianu... | |
| i tak oczywiste elementy jak poziom szumów, czy innych zniekształceń dźwięku |
Po czym poznać, czy aktualnie posiadany sprzęt spełnia pewne minimalne warunki słuchania muzyki?
Ja proponuję tutaj test, który nazywam "testem korektora graficznego". Jest on bardzo prosty. W większości zestawów do odtwarzania muzyki znajdują się regulatory do ustawiania barwy dźwięku - najczęściej umożliwiają one dodawanie i odejmowanie wysokich i niskich tonów. Jeśli zazwyczaj regulatory są ustawione na zero i wtedy muzyka brzmi dobrze, to mamy do czynienia z "przynajmniej jako tako" dobrym sprzętem. Jeśli zaś do do dobrego usłyszenia muzyki trzeba tymi regulatorami kręcić i coś dodawać, bądź ujmować, to warto byłoby wymienić przynajmniej jeden element zestawu - może kolumny, może wzmacniacz, może odtwarzacz, choć być może wszystko. Kto nie wierzy niech sam sprawdzi - to działa! - na dobrym sprzęcie wszystko świetnie słychać bez "dopalania" i każde przesunięcie regulatorów od zera, zazwyczaj tylko psuje muzykę.
Nawet wiedząc, że nasz sprzęt grający nie jest
rewelacyjny, zadamy sobie pytanie:
czy opłaca się wydawać fortunę na zabawkę służącą
tylko do słuchania muzyki?
W szczególności jeżeli komuś muzyka służy jako tło do
codziennych zajęć, lub pomasowania wnętrzności na domowej imprezce,
to raczej nie ma sensu aby interesował się drogim sprzętem
audiofilskim. Bo to co jest kluczowe w tej sytuacji to kwestia jak
(!) się słucha muzyki.
Faktem jest, że zaawansowany meloman, czy audiofil słucha zupełnie inaczej niż osoba zajęta czynnościami domowymi kiedy radio po prostu sobie gra.
Poza tym muzyka odtwarzana w pełni swojej jakości może
być bardziej męcząca (!!!).
Tak - to jest prawda, podobnie jak
oglądanie przez wiele godzin tekstu na monitorze czarno białym jest
zazwyczaj mniej męczące niż w kolorach. Dlaczego? - to proste: dobra
muzyka i dobry sprzęt do jej odtwarzania produkuje więcej
informacji do przetworzenia przez mózg. A jeśli kogoś te
zaawansowane informacje nie interesują, bo potrzebne jest mu tło do
codziennych zajęć, to będzie się tylko męczył, gdy jego komórki
nerwowe zostaną zmuszone do zajmowania się niepotrzebnymi bodźcami.
Ja np. zrobiłem kiedyś taki test moim dzieciom (wiek ok. 10 lat) -
skompresowałem jeden utwór muzyczny do formatu mp3 (a może wma - dokładnie
nie pamiętam) i puszczałem go na przemian z oryginałem z CD. Pytanie
brzmiało: która muzyka bardziej się wam podoba?
Z zaskoczeniem dowiedziałem się, ze muzyka zubożona kompresją była
przez moich chłopaków odbierana jako ładniejsza.
Bo faktycznie - muzyka skompresowana jest łatwiejsza w odbiorze - ma
mniej trudnych dźwięków, jest bardziej stonowana. Więc jeśli ktoś
ma małe ambicje muzyczne, jeśli nie zachwyca go pełne brzmienie
instrumentów, to bez sensu jest, aby wydawał pieniądze na coś, co
tylko popsuje mu odbiór muzyki. W szczególności nie ma sensu
inwestowania w lepszy sprzęt w przypadku osoby , która już aktualnie
zubaża swoje wrażenia odsłuchowe ustawiając oba regulatory barwy na
minimum.
![]()
| Po pierwsze np. relatywnie znacznie mniej uwagi zwraca na treść słów piosenek, a więcej na brzmienie głosu wokalisty | |
| wysłuchuje szczegóły barw brzmienia instrumentów | |
| stara się wychwycić uchem najrozmaitsze „smaczki” sceny dźwiękowej – ledwo słyszalne zafalowania trąbki, subtelne wtórowanie talerzy perkusji (takie których na „zwykłej” wieży w ogóle jest niesłyszalne) | |
| dokładniej śledzi położenie instrumentów na scenie dźwiękowej, zachwyca się niuansami odbioru przestrzennego | |
| wczuwa się w wybrzmiewanie tonów (jak długo będzie jeszcze słychać dźwięk tego uderzonego talerza?...) | |
| porównuje barwy różnych instrumentów (niekiedy samym uchem potrafi np. rozpoznać który skrzypek gra na „Stradivariusie”, a które na „Guadaninim”, czy „Guarnerim”) | |
| słucha zazwyczaj ze znacznie większym zaangażowaniem - bo żeby to wszystko o czym napisałem wyżej dobrze wychwycić, potrzeba sporej koncentracji umysłu. Ale to jest właśnie cała frajda! | |
| jednocześnie znacznie mniejsze znaczenie ma często w tym wszystkim sama główna linia melodyczna, tekst piosenki, czy fakt grania pobudzająco – rytmicznego. |
Ja osobiście byłem mocno zdziwiony, gdy po przejściu na słuchanie za pomocą lepszego sprzętu odkryłem w dość dobrze znanym mi wcześniej utworze rzeczy całkiem nowe - dodatkowe instrumenty, lepszą precyzję brzmienia tych wcześniej słyszanych, a nawet (wierzcie lub nie, ale takie odniosłem wrażenie) dało się usłyszeć wyraźne kiwanie się w lewo i prawo skrzypka wykonującego swoją partię w "Porach roku" Vivaldiego.
W sumie audiofilskie słuchanie to takie zagłębianie się w przestrzeń dźwiękową ze wszystkimi jej szczegółami, „smaczkami”, to precyzyjne rozróżnianie tego co na pierwszym planie, a co na drugim, czy trzecim, to „żeglowanie” po oceanie dźwięków i wrażeń. Tym jest właśnie zabawa audiofila – taka wirtualna podróż po przestrzeniach dźwięków i uczuć z nimi związanych – podróż zaproponowana nam przez artystów. Dobry artysta - muzyk przekazuje w swojej twórczości świadomie coś znacznie więcej niż tylko melodię (i ew. słowa). Czasami zawieszenie w ciszy jakiegoś dźwięku znamionuje namysł, refleksję, czasami ledwo słyszalne zafalowanie melodii przekazuje większy ładunek niepewności, czasami cisza wybrzmiewania dźwięków staje się w jakiś sposób znacząca, a nagły zgrzyt w wydobytego akordu krzyczy do nas o uwagę. Zagłębienie się w te niuanse, to odkrycie muzyki na nowo, to poznanie świata, w którym się jeszcze nie było...
A faktem niestety jest, że opisana zabawa ta jest niedostępna dla posiadaczy popularnego sprzętu audio. Wieża za 1000 zł odtworzy główną linię melodyczną, trochę barwy instrumentów, pozwoli zrozumieć tekst piosenki. Jednak wielkim zaskoczeniem dla większości mniej doświadczonych melomanów jest przesłuchanie dobrze znanej, ulubionej płyty na naprawdę dobrym sprzęcie – nagle okazuje się: że tu jeszcze jest jedna sekcja perkusji, że w tle ktoś po cichu wtóruje głównemu wokaliście, i w ogóle, że wszystko brzmi jakby inaczej: pełniej, soczyściej. To co napisałem w poprzednim zdaniu tyczy się jednak tylko dobrych wykonań. Bardzo często okazuje się, że pewne utwory tracą na zbyt dokładnym słuchaniu – precyzja sprzętu audiofilskiego bezlitośnie obnaża niedoróbki - często, ni stąd ni zowąd, zauważymy że w rzeczywistości wokal jest z lekka przepity, gitarzysta gubi się w trudniejszych solówkach, a nie tak znowu rzadko da się zauważyć fałszowane nuty.
Drążmy jednak to pytanie zasadnicze:
![]()
Czy warto kupować drogi sprzęt do słuchania muzyki – przecież to tyle pieniędzy? |
|
Oczywiście jeżeli ktoś rzeczywiście tych pieniędzy nie ma, to problem już jest rozwiązany – bo się bez nich sprzętu nie kupi (nie wspominam o "uczciwych inaczej"); choć przy małej „kasie” można się ratować sprzętem używanym. Jeśli nie lubi słuchać muzyki, to chyba też nie ma sensu, aby wydawał kasę na niepotrzebny w domu klamot (no... wyjątkiem są osoby o podejściu snobowania się, ale też proponowałbym bardziej zakupienie samej atrakcyjnej płyty czołowej...). Jednak wiele osób mówiących, że na droższy sprzęt „nie ma pieniędzy”, jeździ dobrym samochodem, odbywa wycieczki zagraniczne, kupuje drogie ubrania, czy też konsumuje spore ilości trunków i innych lepszych potraw. W tym ostatnim przypadku powinni sobie powiedzieć prawdę - że po prostu nie mają ochoty wydawać na muzykę, a pieniądze przeznaczają na inne cele. I pewnie dobrze, bo to jest właśnie wolność kupowania tego co się chce. Ale czy audiofile nie są snobami? – pewnie część z nich jest, jednak twierdzenie, że prawie wszyscy słuchający muzyki na wyższym poziomie robią to przede wszystkim na pokaz, świadczy wyłącznie o braku rozeznania w sprawie. Ja dla własnego użytku dzielę sprzęt audio na trzy główne grupy:
A jeśli nie ma kasy, a chciałoby się dobrze posłuchać muzyki? Ja proponowałbym nabycie lepszego taniego zestawu wieżowego (nawet najwyższej klasy "jamnika" z CD-playerem) i koniecznie dobrych słuchawek. W "miarę dobre" słuchawki zaczynają się przynajmniej od 200 zł, "dobre" kosztują ok. 600 zł, a rzeczywiście dobre przynajmniej ok. 1000 zł. Jednak można zacząć od w miarę dobrych co spowoduje, że da się na nich usłyszeć muzykę, za którą trzeba by zapłacić w "modelu głośnikowym" gdzieś ze trzy razy drożej (myślę tu o porównywaniu pełnych zestawów: CD player + wzmacniacz + kolumny). Ja osobiście, używam słuchawek firmy Koss (z klasy "w miarę dobrej" czyli za ok. 200 zł); "lubią" one basy (co jest raz wadą, raz zaletą...) i dość "chętnie" grają. Faktem jest, że nie są tak kulturalne i precyzyjne jak sprzęt lepszej klasy, dlatego aktualnie marzę przynajmniej o "Senheiserach" począwszy od modelu 690. Za to moje Koss-y mają tę zaletę, że są to słuchawki zawieszane na uszach - bardzo lekkie i wygodne, nie uciskające i nie "pocące" skóry (to w przypadku słuchawek jest naprawdę ważne, bo nawet lekki ucisk uszu po dwóch godzinach nieprzerwanego znoszenia go, staje się torturą...). |
|
Czy format zapisu stosowany na płytach CD jest wystarczający? |
||||||
Ostatnio (tzn. już kilka lat temu) pojawiły się na
rynku dwa nowe standardy audiofilskiego zapisu dźwięku:
Pytanie zasadnicze brzmi: A po co w ogóle coś lepszego? - przecież dobry stary CD, znany od ponad 20 lat sprawuje się świetnie i zapewnia "idealną" jakość dźwięku?... Przyznam, że ja osobiście nie miałem wielu kontaktów
słuchowych z nowymi standardami i, w związku z tym nie będę
tu rozpisywał się o własnych odczuciach ze słuchania, które mógłbym
streścić w takim określeniu: Oczywiście teraz każdy może się spierać jak bardzo on tę różnicę słyszy, wyczuwa, uważa. Dla jednych będzie to różnica istotna, dla innych pewnie nie. Dlatego raczej chciałbym naświetlić rzecz teoretycznie, czyli dlaczego, mimo dotychczasowych zapewnień o doskonałości standardu CD, jest jeszcze co nieco do poprawienia. Próbkowanie dźwiękuCyfrowy zapis dźwięku opiera się na procedurze zwanej próbkowaniem. Próbkowanie, to nic innego, tylko odczytywanie poziomu sygnału akustycznego w danej chwili i zapisywanie jako liczby. Oczywiście, prawie zawsze liczba ta jest zapisywana w formacie dwójkowym.
Ponieważ sygnał akustyczny robi w trakcie swojego życia różne "wygibasy", więc zapis jest tym lepszy, im dokładniej (częściej, więcej razy na sekundę) zostanie spróbkowany. W przypadku płyty CD próbkowanie odbywa się 44100 razy na sekundę. Jeżeli przyjrzymy się jakby pod "mikroskopem" operacji próbkowania, to okaże się, że dla bardzo szybkozmiennych sygnałów zapis nie jest już zbyt dokładny.
Na wykresie widać, że kolejne punktu próbkowania już powodują, że zapisana krzywa nie będzie gładka, tylko kanciasta.
W szczególności, gdy próbkowanie jest bardzo rzadkie, to może się okazać, że zapisany cyfrowo sygnał (linia brązowa) jest całkowicie inny od sygnału źródłowego (linia niebieska). Na rysunku powyżej widać, że zapisano pojedynczą "górkę", a źródłowy sygnał, obejmował zarówno dodatnie, jak i ujemne obszary wykresu. Dlatego zasadą jest, że im gęściej zapisywany jest sygnał (czyli im większa jest częstotliwość próbkowania), tym dokładniej opisze on brzmienie muzyki. W teorii przyjmuje się, że najwyższa zapisywana częstotliwość jest równa połowie częstotliwości próbkowania (tzw. kryterium Nyquist-a). Można to prześledzić na przykładzie sygnału o kształcie sinusa - widać, że można to w miare dobrze zrobić zrobić zapisując jego skrajne wychylenia. Otrzymamy kanciasty (piłokształtny) sygnał, który z grubsza przypomina zapisywanego sinusa.
Jednak, jeżeli punkty próbkowanie wypadną w miejscach przecięcia z osią X-ów? - wtedy zapewne sygnał nam zniknie!
Jeśli zaś punkty rozłożą się jeszcze inaczej, to otrzymamy jakiś taki mocno "pokiereszowany" przebieg.
W szczególności na rysunku niżej widać, że z samego faktu próbkowania sinusa "pojawiły się" jakby dwa przebiegi w sygnale - jeden o małej, drugi o większej amplitudzie "wmiksowane" w siebie.
Jakiego dźwięku dopatrzy się ucho z sygnału (niebieskiego) spróbkowanego jak poniżej? Czy elektronika odtwarzacza w ogóle "zorientuje się" że to był sinus? - bo rozkład zapisanych liczb mógł równie dobrze odpowiadać innemu sygnałowi (prawdziwe dźwięki bardzo rzadko są dokładnym sinusem, więc prawie wszystkie możliwości są tu dozwolone).
Człowiek słyszy sygnały akustyczne o częstotliwościach dochodzących w porywach do 20 KHz, więc teoretycznie zapis z próbkowaniem do 44,1 kHz, mogący zapisywać dźwięki do 22 kHz powinien wystarczyć (jest nawet 2 kHz zapasu). Jednak jaki to jest zapis tych wyższych częstotliwości! - nie zapisuje się kształt sygnału, a jedynie jego wystąpienie (w sprzyjających warunkach próbkowania), poza tym dochodzi do niekorzystnego zjawiska aliassingu - czyli generowania przez sam sposób zapisu nowych, nieistniejących w oryginale dźwięków (przykład - patrz wykres na początku tej części artykułu - co prawda sinus zapisywany przy tej częstotliwości próbkowania będzie niesłyszalny, ale jego nieadekwatne zniekształcenie spowodowane zapisem - już tak!). Efekt powyższy może spowodować, że po zapisaniu sinusoidalnego dźwięku np. 18 kHz, usłyszymy w głośniku dźwięk zależny od różnicy tych 18 KHz i połowy częstotliwości próbkowania 22 kHz. Tak 4 hercowy dźwięk będzie o wiele lepiej słyszalny niż źródłowy 18 kilohercowy. |
||||||
|
Ostatecznie, mamy taką sytuację, że tylko z racji zapisywania dźwięku przy odtwarzaniu powstaje wiele nieprzyjemnych zniekształceń:
Część z tych efektów da się co prawda złagodzić - np. poprzez ograniczenie zapisywanego pasma częstotliwości, czy wyrafinowane metody antyaliassingowe stosowane podczas zapisu. Poza tym układy scalone stosowane w odtwarzaczach CD wyraźnie poprawiają efekt końcowy eliminując niektóre powstające szumy i typowe zniekształcenia. Jednak oczywiście nie wszystkie, zaś wprowadzane techniki mają negatywne skutki uboczne, co objawia się zubażaniem odtwarzanej muzyki. Przecież żaden układ elektroniczny nie "wie" jak naprawdę powinna wyglądać muzyka zapisana w zubożony przez ograniczone próbkowanie sposób i tylko "domyśla" się jej na podstawie niepełnych danych. Wszystko to razem powoduje, że wytrawny audiofil, doszukujący się w dźwięku szczegółów i niuansów zauważy wyraźną różnicę między dźwiękiem klasy CD, a muzyką zapisywaną za pomocą nowych formatów zapisu (oczywiście nie na standardowej wieży stereo z promocji w supermarkecie, bo wymagane jest posiadanie nie tylko odtwarzacza nowej generacji, ale także naprawdę dobrego wzmacniacza i kolumn). Toteż większość wyrobionych słuchaczy odczuwa przesiadkę z powrotem na standard CD jako wyraźne spłycenie odbioru muzyki. |
||||||
|
Trochę danych technicznych o nowych (i starych) formatach zapisu dźwiękuStare dobre CD-Audio polega na zapisywaniu dźwięku z 16 bitową głębokością i częstotliwością próbkowania 44,1 kHz. Oznacza to, że kształt sygnału akustycznego jest co jedną 44100 sekundy zapisywany w formie liczby (tzw. PCM). Z 16 bitów tej liczby, jeden bit musi być przeznaczony na znak (plus czy minus), dlatego wysokość sygnału w tym zapisie waha się od wartości 0 do plus minus 215 = 32768. Stąd wynika, że dynamika (odstęp pomiędzy najcichszym i najgłośniejszym zapisanym sygnałem) wynosi tu około 90 dB (bo 20· log 32768 = 90,3). Oczywiście na ogólną dynamikę nakłada się dodatkowo dynamika wzmacniacza, kolumn itd., więc powyższe liczby są "teoretyczne". Wg kryterium Nyquist'a CD Audio powinno zapisywać sygnały do 22 kHz. Jednak z powodów opisanych wyżej, należy tę granicę traktować dość ostrożnie - wiele zależy od jakości nagrania, sporo od sprzętu, a idealnego zapisu dźwięków o wyższych częstotliwościach raczej nie należy się spodziewać. Nowe formaty zapisuDVD Audio to format podobny do znanego nam z
CD (też PCM), tylko znacznie dokładniejszy (stary sposób zapisu CD
jest też dostępny jako jedna z opcji) - zapisuje jednak stan sygnału
nawet do prawie 5 razy gęściej (najwyższa częstotliwość próbkowania
wynosi tu 192 kHz) i do tego ze znacznie większą, bo 24 bitową
precyzją. SACD (Super Audio CD) nie operuje takimi
parametrami jak częstotliwość próbkowania, czy głębokość bitowa,
ponieważ opiera się na zupełnie innej zasadzie zapisu. Z grubsza
polega ona na tym, że procesor, pracując z dużą częstotliwością
wynoszącą 2 822 400 Hz zapisuje muzykę 1 - bitowo (a nie w 16
bitach, jak to jest dla zwykłego CD, czy nawet w 24 bitach - w
przypadku DVD Audio). Zaletą powyższego standardu jest także możliwość
tworzenia płyty hybrydowych - nadających się do odtwarzania w
standardowych odtwarzaczach CD oraz, ze znacznie wyższą jakością, w
urządzeniach nowego standardu. Grupa formatów kompresowalnych |
||||||
Co jest lepsze DVD Audio, czy SACD?Szczerze? - nie wiem. Jak się zapoznam na dobre słuchowo z tymi standardami to napiszę. Jak do tej pory większość dochodzących mnie głosów wydaje się być mało obiektywnych, bo zwolennicy DVD Audio krzyczą, że jest to najlepszy standard, a z kolei fani SACD optują za swoją wersją. Słyszałem co prawda, że są pewne istotne teoretyczne ograniczenia tego ostatniego formatu w pewnych sytuacjach, choć przypuszczam, że odnoszą się one do szczególnych typów muzyki. Na razie, bardziej bym się skłaniał do DVD Audio z racji na jego sprawdzony typ zapisu (stare dobre PCM stosowane w tradycyjnych płytach CD, tylko dokładniej zapisane, a nie jakieś wynalazki...) i kompatybilność z DVD Video. Poza tym chyba DVD audio, raczej wygrywa tę wojnę standardów - mamy ostatnio spory wysyp odtwarzaczy DVDAudio i prawie wszystkie ważniejsze firmy wspierają ten format zapisu. Jedno wydaje mi się jak na razie pewne - w większości przypadków (nawet w zwykłych CD) ciągle raczej jeszcze decyduje jakość samego nagrania - czyli praca reżysera dźwięku, specjalisty od akustyki, wreszcie samego artysty. Na drugim miejscu jest jakość wzmacniacza, odtwarzacza i kolumn, a dopiero w dalszym rzędzie da się wysłuchać tę nową jakość audiofilskich standardów. Ale jeśli się już ma dobre płyty i dobry sprzęt, to warto byłoby powalczyć o tę kolejną jakość... |
Porównanie jakości zapisywanego dźwięku w najbardziej popularnych standardach
|
Standard zapisu |
Jakość |
Uwagi |
| płyta audio CD | bardzo dobra |
aktualnie wzorcowe źródło dla większości słuchaczy. Audiofile marzą jednak o czymś lepszym... |
| minidysk (standard kompresji ATRAC opracowany i rozwijany przez SONY) |
bardzo dobra lub dobra w zależności od stopnia kompresji |
jest kilka wersji ATRACa (jest on stale rozwijany) ostatnią wersją jest ATRAC-3, który zapewnia kilka stopni kompresji co powoduje, że jest pewna rozpiętość jakości muzyki zapisanej za pomocą tego standardu. Ogólnie jednak można powiedzieć, że jeżeli nie chcemy zbyt wiele zmieścić na jednym krążku to możemy uzyskać jakość dźwięku praktycznie nie odróżnialną od jakości płyty CD. |
| mp3 | dobra |
standard ten opiera się na identycznych zasadach jak ATRAC (i pozostałe kompresowalne formaty). Jednak ponieważ większość klasycznych mp3-jek jest kompresowana przy "bitrejcie" 128 kpbs (dwa razy bardziej upchane dane niż w przypadku tradycyjnego ATRAC-a), to nie otrzymuje się naprawdę wysokiej jakości. Poza tym format mp3 jest optymalizowany właśnie do 128kbps, przez co uzyskanie naprawdę wysokiej jakości dźwięku dla innych bitrate jest nieco utrudnione. Audiofile raczej wystrzegają się mp3-jek; choć jak nie ma lepszego źródła, to może być i to (byle kompresowane przynajmniej na 192 kbps). |
| WMA, MP3PRO, OGG i inne formaty kompresowalne. |
bardzo dobra, lub dobra (w zależności od stopnia kompresji) |
WMA w najnowszych wersjach lepiej kompresuje
dane niż mp3. |
| DVD-audio
SACD |
doskonała |
dla tych standardów absolutnie decydujące stają się pozostałe parametry toru muzycznego - czyli wzmacniacz, kolumny, pomieszczenie odsłuchowe. Wadą opisanych standardów jest niewielka oferta w nich płyt zapisanych. |
|
Jak kupować sprzęt audio? |
|
1. Zasada pierwsza i najważniejsza: 2. Zasada druga: nie daj się zwieść dudniącym
basom 3. Zasada trzecia: Uwaga na wysokie tony! 4. Zasada czwarta: nie wszystko do wszystkiego
pasuje! 7. Zasada piąta: nie ulegać magii liczb! 6. Zasada kolejna: kolumny! 7. Kupowanie dobrego sprzętu audio - to sztuka! 8. Kabelki też są ważne. Kiedyś łączono ze sobą elementy zestawu byle jakimi kabelkami (ważne było, aby przewodziły prąd). Tymczasem okazuje się, że właściwości kabla łączącego wzmacniacz z kolumnami, czy też tzw. interkonecty - kable łączące odtwarzacze ze wzmacniaczem mają kolosalne znaczenie. Kto nie wierzy, niech sprawdzi! 9 I jeszcze jeden problem: Czy bajery są ważne?
|
Mój głos w sprawie ochrony praw autorskich i własności intelektualnej |
||||||||||||||||||||||||||
| Temat drażliwy, bo znowu chodzi o pieniądze.
Wiadomo - w Internecie jest mnóstwo muzyki dostępnej "za friko" i koncerny muzyczne nie mogą zarobić na swoich prawach do utworów. Nieraz się zastanawiamy: czy słuchając muzyki z mp3 - jek stajemy się złodziejami? Moim zdaniem są dwa aspekty tej sprawy:
Zaczynam aspekt etyczny zupełnie od nowego akapitu,
bo sprawa wydaje mi się na tyle złożona, że akapitów tych będzie
kilka. W szczególności pojawią się pytania następujące:
Bo faktem jest, że niektóre koncerny płytowe dawno zatraciły świadomość swojej misji - dostarczania ludziom kultury. Liczy się pieniądz i nic więcej (no... prawie, bo są tu jednak pewne różnice między koncernami). Może więc dobrze, że są piraci, którzy niosą kulturę muzyczną do krajów i ludzi biedniejszych, dostarczają muzykę tam, gdzie się rekinom "nie opłaca" i gdzie by ona i tak nie dotarła... Z drugiej jednak strony:
Innym ciekawym aspektem sprawy jest rozdarcie polityki koncernów płytowych - z jednej strony muzyka nie powinna być zbyt dostępna, bo nikt nie będzie jej chciał kupować, skoro można ją sobie wziąć. Z drugiej strony jednak nikt nie kupi muzyki, o której nic nie wie i nie słyszał jej. Więc przyjął się model dostarczania muzyki "częściowo darmowej" - dystrybuowanej za pomocą rozgłośni radiowych i stacji typu MTV - i takie słuchanie muzyki jest w pełni legalne. Teraz pojawia się problem nagrywania tych audycji - można, czy nie? Jeśli można, to czemu nie miałbym tej zapisanej muzyki dalej posiadać (np. na twardym dysku), jeśli nie można - to do czego służą magnetowidy wyposażone właśnie w funkcję nagrywania? I niby dlaczego nie miałbym obejrzeć i wysłuchać sobie jakiejś audycji z opóźnieniem? Wytwórnie muzyczne są między młotem a kowadłem - z jednej
strony muszą kokietować przyszłych klientów swoją ofertą, z
drugiej zaś gromić ich, jeśli nie zechcą zapłacić. Gromią więc również
na płaszczyźnie etycznej - że kto nie płaci to złodziej itp... I jeszcze jedno - gdy wiem, czuję, że firma oferująca mi towar absolutnie nie próbuje odnieść jego ceny do kosztów wytworzenia, że pogoń za zyskiem jest dla niej najważniejszym motywem działania, to zaczynam myśleć w taki sposób:
I myślę sobie: nie wchodzę w to... Faktem jest, że w takiej dziedzinie jak sztuka, trudno jest zaplanować sobie zyski, a sukces w dużym stopniu zależy od szczęścia. Trzeba więc mieć spory (również finansowy) margines błędu. Dlatego moja konkluzja jest dość nietypowa - pewnie
byłbym superlegalistą, jeśli chodzi o muzyczne prawa autorskie... Na koniec jednak chciałbym też oddać sprawiedliwość części wydawców muzyki - wiadomo, że na trudniejszej muzyce (jazz, część muzyki klasycznej) raczej się nie zarabia - zapłacenie orkiestrze składającej się z dobrych 150 muzyków i jej dyrygentowi (godziwej sumy pieniędzy) to już naprawdę duży wydatek. Po doliczeniu kosztów sali, reżysera dźwięku itp. okazać się może, że do części nagrań trzeba dopłacać. A jednak niejednokrotnie wytwórnie dotują mniej kasowych twórców w imię SZTUKI. I takim wytwórniom chwała! Bo ostatecznie mogli by wydawać wyłącznie muzykę prościutką, ale kasową, czyli muzykę, na której się najwięcej zarabia. Dlatego uważam, że za naprawdę dobrą płytę jazzową, czy klasyczną (szczególnie gdy jest zaangażowana duża orkiestra) uczciwie jest zapłacić więcej. A tej marnej - i tak lepiej nie słuchać, więc po co kupować płyty?...
Regiony DVD, czyli o swobodzie wyduszania pieniędzy z klientówTo, że wytwórnie płytowe mają "gdzieś" zasady uczciwości i lojalności wobec klientów wychodzi w sposób dość oczywisty za sprawą wprowadzenia regionów DVD. Dla niezorientowanych - jest to specjalna blokada płyt DVD-video, która powoduje, że możliwe jest odtwarzanie płyt tylko na sprzęcie przeznaczonym dla określonego regionu - np. płyta zakupiona w USA z dużym prawdopodobieństwem nie da się normalnie odtworzyć w Europie, zaś płyta z Europy, nie będzie widziana prawidłowo przez większość czytników zakupionych w Ameryce Północnej, lub w Japonii. Chodzi o to, aby dało się płyty w jednych krajach sprzedawać drożej (i w innym czasie) niż w innych Dzięki temu, jeżeli gdzieś jest większa konkurencja i trzeba tam sprzedawać płyty taniej, to nie będzie to wpływać na rynki droższe. Dla nas - klientów - efektem ostatecznym jest
sytuacja, w której np. klient Europejczyk, legalny nabywca płyty DVD
zakupionej podczas wycieczki do Nowego Jorku, czy Singapuru przekonuje
się, że może ją sobie użyć jako podstawkę pod kufel z piwem, bo
odtworzyć się jej normalnie w jego odtwarzaczu nie da. Wytwórnia
zabroniła i już... Ale przy okazji wprowadzenia regionów DVD pojawia się dość interesujące jest pytanie: czy ten pomysł z regionami zyskom ze sprzedaży płyt DVD więcej wytwórniom pomógł, czy zaszkodził? Bo jego istnienie zaowocowało paroma negatywnymi z punktu widzenia wytwórni efektami:
Poza tym skuteczność owych regionów jest mocno dyskusyjna - ci co chcą takie kupione za granicą płyty odtwarzać, mogą to zrobić bardzo łatwo na kilka sposobów - albo kupując drugi odtwarzacz (ich ceny są ostatnio bardzo zachęcające do zakupu, więc dla osoby liczącej na stały dopływ płyt z innego regionu nie będzie to problemem), albo wyszukując metodę na zmuszenie ich odtwarzacza do posłuszeństwa z niesfornym nagraniem (trochę to kłopotliwe, ale możliwe do zrealizowania, bo w Internecie jest sporo opisów jak to zrobić). Pozostali i tak nie kupują płyt za granicą, a już na pewno nie dostaną ich w prezencie, w związku z tym regiony dla nich i tak nie mają znaczenia. Wydaje mi się, że znacznie ważniejszym elementem hamującym przed kupnem płyty z innego obszaru świata jest sama sieć dystrybucji, która na danym terenie oferuje określone tytuły, przeprowadza ich regionalizację, czuwa nad systemem sprzedaży. Argument, który kiedyś jeszcze był podnoszony, że: gdy w jednym regionie film jest jeszcze w kinach, a w drugim już na płytach, to te dwie metody sprzedaży będą ze sobą kolidować - też jest właściwie nieaktualny, bo większość znanych mi filmów (przynajmniej w Polsce) pojawia się w kinach w parę tygodni po ich premierze w USA - wtedy i tak nie ma ich na płytach. Dziwię się tylko jednemu - dlaczego nie słychać o żadnej firmie płytowej, która dobrowolnie zrezygnowała z tej formy utrudnienia odtwarzania i uczyniła to swoim sloganem reklamowych - np. w stylu: "DVD - REGION 0 ONLY " (region 0 może być odtwarzany wszędzie), lub "Tę płytę możesz posłać każdemu na świecie", mogą być niezłym bodźcem do zakupu. I na koniec o regionach DVD: łamanie kodu regionalnego nie jest żadną nieuczciwością czy przestępstwem - raczej należałoby uznać to za prawidłowe działanie klienta wobec praktyk monopolistycznych firm (jakoś organizacje państwowe są póki co za słabe, aby to zrealizować). Bo jeśli klient legalnie coś kupuje, to ma prawo do prawidłowego użytku danego towaru. I nikt nie może zostać w żaden sposób oskarżony, czy też nie musi czuć się nieuczciwym, jeśli postępuje wbrew wygórowanym ambicjom szarogęszenia się wytwórni filmowych. Z resztą większość odtwarzaczy ma wbudowaną możliwość kilkurazowej zmiany regionu (ale po kilku takich operacjach region zostaje zablokowany na stałe). Ciekawe, że to ostatnia funkcja może być dodatkowym istotnym elementem rozwoju hakerstwa, bo jeśli komuś zablokował się przypadkowo niewłaściwy region, to jedynym sposobem jest wyszukanie właśnie hakera. A wraz z hakerem do łamania regionu pojawią się nowe możliwości łamania zabezpieczeń płytowych. PS. PS.2 Bo gdy za płytę, kosztującą w produkcji ok. 1 zł,
mam wydać 50 zł, a jeszcze do tego będę miał bardzo ograniczone
prawa do jej wykorzystania (bo np. gdybym był fryzjerem, to
teoretycznie nie mogę jej wykorzystać do odtworzenia do słuchania
przy obsłudze klientów - bo jest to odtwarzanie
"publiczne"), to jak za taki "towar" to bardzo
drogo! Tak więc płytę za 50 zł mogę kupić raz, dwa razy do
roku - jako objaw luksusu - coś w stylu jak wyjazd na wakacje, czy wyjście
do restauracji z okazji rocznicy ślubu. Powyższe ceny byłyby może
usprawiedliwione w przypadku krótkich serii, gdy muzyk sprzedaje np.
2000 egzemplarzy autorskich - wtedy są to przecież "białe
kruki" i można by mówić nawet o cenie 80 - 100 zł. Jednak nie
przy masówce. Aktualny poziom cen (szczególnie zważywszy wielkość
ich sprzedaży) to muzyka dla bogaczy. I tylko bogacze będą taką
muzykę często kupować. A bogaczy jest ostatnio coraz mniej. |
Na razie lista jest dość niekompletna, ale postaram się
ją uzupełnić:
Polskie pisma zajmujące się sprzętem muzycznym:Kino Domowe (wydawnictwo IDG) http://www.dvd.idg.pl HiFi: http://www.hi-fi.com.pl Audio - http://www.audio.com.pl Audio Video - http://www.sat-av.com.pl/ |
Producenci sprzętu audio |
|
| Wersja obcojęzyczna witryny | Wersja polska |
| Sony: http://www.sony.com | http://www.sony.com.pl |
| Onkyo: http://www.onkyousa.com/ | |
| LG: http://www.lge.com, LG Electronics Home | |
| Marantz: http://www.marantz.com/ | |
| Philips: http://www.philips.com | http://www.philips.com.pl |
| Yamaha: http://www.yamaha.com | |
| Panasonic: | Panasonic Polska |
Muzyka w tej witrynie wykonywana przez jej autora.